Drzwi

wtorek, 29 października 2019

Absolutnie nie wiem jak wrócić do świata, który zostawiłam za drzwiami 12 tygodni temu. Najchętniej otworzyłabym jakieś nowe drzwi, do zupełnie nieznanej krainy. Ale rzeczywistość w tej kwestii nie jest łaskawa. Ściągam niepewnie kłódkę, która zaszła kurzem przez cały ten czas i uchylam ostrożnie by zerknąć do środka. Ruchliwie tam jak w ulu, wszystko biega w nieokreślonych kierunkach, wszystko jest zupełnym przeciwieństwem mojego obecnego stanu - ciszy w środku. Nieznośne kontrasty codziennych czynności. Czuję jakbym nigdy wcześniej nie była częścią tamtego świata, jakbym dopiero miała go poznać. Mózg wyprany w 100% i odpowiedzi na trudne pytania, którymi sypię jak z rękawa. 
To wszystko wina rodziców, to trudne dzieciństwo - powtarzali.
Kiedy ja nie miałam trudnego dzieciństwa.
A może nie wiem, że miałam?
Nie wiem gdzie jestem.

Równonoc.

czwartek, 3 października 2019

Córka Nordyckiego Króla przestała być adresem tej strony. Powitajmy Równonoc i jej nowiutką, lśniącą domenę. Miło mi Was gościć!

Minęły prawie trzy miesiące od ostatniego wpisu - jestem prawie u schyłku terapii. Zostałam rozjechana walcem, pokrojona i wrzucona do worka razem ze wszystkimi moimi myślami i problemami, które nagle, bez ostrzeżenia mocno zyskały na wadze. Każda wada została wyciągnięta ze mnie, niczym samotna nitka w zmechaconym swetrze.
Byłam w poniedziałek przelotnie w pracy - pożegnać odchodzącą koleżankę. Kiedy weszłam do biura zabrakło mi tchu. Po głowie kołatała mi się myśl - czy dam radę wrócić?
Wiem, że zajmie mi to chwilę, ale jestem pewna, że mam wsparcie. Rozmawiamy o zakończeniu każdego dnia. Każdego dnia szarpię rękaw, gdy to robimy.
Mam kilka nowych blizn, z których nie jestem dumna. Ale biorąc to pod uwagę, uważam, że dużo przeszłam i nauczyło mnie to wiele. Moja mama powiedziała, że widać zmianę w moim zachowaniu. Widać? Nie wiem.
Wiem za to, że mamy już nowy sezon Chirurgów.
Mam tyle do nadrobienia u Was! To będzie pracowity weekend.


time out

sobota, 27 lipca 2019

Wczoraj przyjęto mnie do szpitala. Jeśli mam być szczera to nie mam pojęcia kiedy minął ostatni miesiąc. Załatwianie papierów, zamykanie spraw w pracy, odreagowywanie stresu. Dziękuję losowi, że zakwalifikowano mnie na oddział dzienny - oszczędzi mi to nocy poza domem, a samo to jest już ogromnym czynnikiem stresowym.
Kiedy stało się faktem, że przez najbliższe trzy miesiące nie spędzę ani minuty w pracy to cały system w mojej głowie zaczął się sypać. Zazwyczaj zakładałam maskę profesjonalizmu i towarzyskości rano, popołudniami odpoczywałam & repeat.
Teraz, leżąc w łóżku dotarło do mnie, że już tego nie ma. Że tak naprawdę teraz jestem tylko ja i moje dobro. Nie muszę udawać, nie muszę się starać. Czuję jakbym zdjęła ogromny plecak. Dziwnie mi. Lżej. Nie muszę skupiać się na niczym, prócz dbania o siebie. Nie muszę spędzać ani chwili na udawaniu. Kiedy jestem smutna to mogę być smutna - mogę przetrawiać każdy dzień na spokojnie. Nie umiem sobie tego jeszcze poukładać w głowie.
Teraz moim największym strachem jest pierwsza terapia grupowa. Otwieranie się przy innych. Wiem, że te miesiące mnie przetyrają. Czy jestem na to gotowa?
Czy można być w ogóle na to gotowym?

Myśl

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Będzie już z tydzień odkąd dostałam skierowanie do szpitala. Moja psychiatra boi się, że wyczerpałyśmy zasoby metod leczenia. Mój ostatni pobyt w zakładzie praktycznie zupełnie wyparował z mojej głowy - podobnie jak trzy z czterech klas liceum. Tym większy teraz jest stres. Wiem, że gdyby to nie miało szans na powodzenie to nikt by mi tego nie robił. Do tego moja rodzina bez mojej wiedzy spotkała się z doktor, bo nie wiedzą jak mają działać, pomóc.
Czuję się zażenowana tą „sobą”. Obiecałyśmy sobie kiedyś, że już więcej do tego nie dopuścimy. Ani ja ani Ona.
To trochę wygląda jak gdybym znajdowała się w głębokim rowie - przez pierwsze 5-8 lat skakałam z całych sił by dosięgnąć krawędzi. Teraz chyba po prostu zbyt bolą mnie już nogi.
Wiem w czym rzecz. Ale nie umiem tego pchnąć. Nie będę się kłóciła, nie będę płakała ani zapierała się rękami. Wyrosłam już z tego. Jakikolwiek stygmat to na mnie zostawi (hmm nieobecność w pracy przez kilka tygodni?) - jest mi wszystko jedno. Uprzejmie proszę zabrać mi z głowy to świństwo. Po prostu.
(…)
Minął już miesiąc odkąd powstał mój tatuaż - obiecałam go pokazać i oczywiście nie było jeszcze okazji. Oto Huginn, inaczej Myśl - jeden z kruków Odyna.


Maj

niedziela, 5 maja 2019

Już w środę wymarzona sesja tatuażu. Czekałam na nią 9 lat, od czasu ostatniego. Nie mogę się doczekać aż Wam pokażę gotowe dzieło.
Nie wstydzę się chyba już pokazać blizn - albo wstydzę się tak mocno, że staram się to wyprzeć za wszelką cenę. Zwłaszcza, że kilka mi przybyło. Musiałam na nowo rozpocząć odliczanie dni bez autoagresji. A było już tak dobrze.
Ostatnio przechodzę chyba kryzys - kwestionuję wszystko co mówię i robię, kwestionuję swoje wierzenia i rytuały, zamieniając je na sen. To istotnie zaburza moją politykę „radzenia sobie” w codziennym życiu. Może to wiosenne przesilenie? Może pyły z Sahary? A może po prostu tak ma być, może to po prostu faza „gorzej” zanim będzie „lepiej”?
Żadnych snów od ostatniego „ślubu” nie miałam. I bardzo dobrze, bo bez nich śpi mi się o wiele lepiej.
Odpukać w niemalowane - moje rośliny radzą sobie wyśmienicie. Aloes trzeba już rozsadzić bo ma mnóstwo młodych odrostów. Palma jest gęsta i bujna, chociaż rośnie powoli, a trzeci kwiat, którego nazwy nigdy nie zapamiętam, puszcza listki jak szalony. Jako notoryczna morderczyni roślin - jestem pod wrażeniem.
W szkole idzie mi dobrze, jak narazie zaliczyłam wszystkie przedmioty na bardzo dobre oceny, z wyjątkiem jednego sprawdzianu. Mogę powiedzieć, że czuję się niemalże spełnionym, przyszłym technikiem weterynarii.
Czekam aż słońce naładuje moje baterie.


ABSOLUTE © 2016 | Template by Blogs & Lattes